Gdy Ashlynn wyszła, wyprowadziłem Erica na spacer i ogarnąłem dom. Wziąłem prysznic, umyłem zęby, Alan w tym czasie przygotował obiad. Zjedliśmy go we trzech, a później ja i Adam, pojechaliśmy do pracy. Było dość spokojnie, wezwania były głównie do wypadków samochodowych. Gdy już kończyliśmy dyżur, myśleliśmy, że nic się nie wydarzy, a jednak...
- Chłopaki, pilne wezwanie. Wszystkie zespoły wyjechały, jesteście tylko wy. - powiedział ordynator rzucając mi kluczyki od helikoptera. - Małe dziecko, kilkumiesięczne dziecko w kartonie płynie po rzece, wiecie, tej z tym mostem wielkim. - wszyscy zrobili duże oczy. - RAZ DWA! - krzyknął.
Biegiem ruszyliśmy w stronę dachu, wsiedliśmy w helikopter i ruszyliśmy. Zadzwoniłem do Tai.
- Hej, kotku, trochę się spóźnię, mamy tu mały problem. - powiedziałem szybko.
- Maks! - krzyknął Kuba, abym kończył.
- Muszę kończyć, kocham cię bardzo. - powiedziałem i się rozłączyłem.
Po kilku dosłownie sekundach, namierzyliśmy dziecko. Zapiąłem uwiąz, moim zadaniem był "wyskoczyć" i przetransportować dziecko do środka pojazdu, byłem przyczepiony do jakiś haków, więc okey...
- Skacz! - po tych słowach, runąłem w dół.
- Cześć malutki, nie bój się, nic ci nie będzie. - powiedziałem do niego i wyciągnąłem go z kartonu, dałem znak, aby ciągnęli mnie do góry, nagle, zauważyłem helikopter telewizyjny, który zapewne wszystko nagrywał.
Gdy byliśmy już w pojeździe, zaczęliśmy badać malucha. Był strasznie wychudzony, a jego temperatura wynosiła ledwie 28 stopni.
- Koce grzewcze, kroplówka. - zaleciłem.
Podróż nie trwała długo, szybko przejęli dzieciaka lekarze. My, odetchnęliśmy.
- Nie wiem, jak można być tak... głupim? - mruknąłem.
- Chore. - westchnął Adam.
- Totalnie chore. - podkreśliłem. - Kto by puszczał dziecko, w kartonie.... szkoda słów. - machnąłem ręką.
Doszliśmy do sali, gdzie zabrali chłopczyka. Z sali wychodził akurat ordynator.
- I co z nim? - spytaliśmy niemal równocześnie.
- Jest wychudzony i wyziębiony, pewnie niedługo rozwinie się jakaś choroba, nie wiemy ile tak pływał. - westchnął. - Dobra robota. - dodał i poszedł.
Weszliśmy do sali, i we trzech, ustaliśmy nad łóżeczkiem malucha.
- Jaki słodziak. - powiedziałem cicho, a ten, złapał mojego palca i ścisnął i nie puszczał.
- To ja będę wujek Adam, ty będziesz wujek Maks, a ty ciocia Kuba. - zaśmieliśmy się, maluch też.
- Ładnie to tak, nie odbierać telefonu? - usłyszeliśmy nagle czyjś głos, odwróciliśmy się za siebie.
Zobaczyłem Taigę, siostrę Adama i dziewczynę Kuby.
Taiga?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz