piątek, 10 kwietnia 2015

Od Maksa do Taigi c.d

Obudziłem się nad ranem, z dołu, słychać było łoskot samochodu. Wziąłem prysznic, umyłem zęby, ubrałem się i zszedłem na dół. Eric leżał a schodach obok dobermana wujka. Wszedłem do kuchni, gdzie siedział wujek, obierał jabłko.
- Jesteś głodny?
- Nie. - odpowiedziałem krótko.
- Jak ma na imię? - spytał. Spojrzałem na niego pytająco. - No dziewczyna.
- Taiga. Pokłóciliśmy się o zupełną drobnostkę... i teraz zapewne nie chce mnie znać, bo nie byłem na balu, który był dla niej ważny. - powiedziałem spuszczając głowę.
- Powinieneś wrócić do miasta. - stwierdził. - Pogadać z nią. - dodał.
- To nic nie da, wszystko spieprzyłem. Powinienem od razu się powiesić. - rzuciłem totalnie zrezygnowany.
- Maks, nie wolno ci tak mówić. - powiedział spokojnie odkładając nóż do zlewu. - Pamiętasz co zawsze mówił twój tata?
- Jedna szczera rozmowa. Czasami tylko tyle trzeba, aby każdy wiedział na czym stoi. - powiedzieliśmy niemal jednocześnie. - Ale w tym przypadku, nie zadziała. Przegrałem życie. - westchnąłem.
- Maks...
- Idę się przejść, zajrzę do koni. - powiedziałem i wyszedłem z mieszkania.
Ruszyłem do stajni, kawałek za domem, za mną szli Feniks i Eric. Weszliśmy do środka, od razu można było wyczuć zapach świeżej słomy, konie z ciekawością wystawiły łby zza drzwiczek. Ruszyłem do ostatniego boksu, gdzie stał mój ulubieniec Tornado.

Gdy ten mnie zobaczył, zaczął się o mnie ocierać.
- Jak tam przyjacielu, wyzdrowiałeś? - uśmiechnąłem się dając mu kawałek marchewki. - Wezmę cię na przejażdżkę później, teraz mam ważną sprawę do załatwienia... - szepnąłem wychodząc.

Taiga?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz